środa, 20 marca 2013

Złe dobrego początki

Zaczynam po raz kolejny. Który to już blog? Pierwszy był o kotach i onet mi go zlikwidował- pewnie dlatego, że wpisy mi się w nim przestały wpisywać. Kolejny był efektem współpracy z byłą przyjaciółką i skończył się wcześniej niż przyjaźń sama w sobie. Ostatni, o dziwo dalej w sieci (mehypnose.blogspot.com) pomimo, że wpisów nie robiłam już od kilku lat. No i teraz ten- czwarty- wynik inspiracji przez bloga M. i próba zmiany. Zmiany, która mam nadzieję przywróci moje byłe zwyczaje, dawną kosekwencję i upór, bo będąc uczciwą przed samą sobą i całą resztą świata rozleniwiłam się niebotycznie. Ten blog ma być zapiskiem moich planów i relacją z ich realizowania, żebym w końcu przestała być nieefektywna i anty-aktywna. Ja wiem, że nikt inny za mnie tego nie zrobi, wiem, że muszę się zmotywować sama, wiem, że muszę przestać wymyślać powody, dla których czegoś nie zrobiłam. A są to dobre powody (zasługa logicznego mózgu jak mówi J.) i jestem w ich wymyślaniu mistrzem. Jednym słowem sama przed sobą piętrzę przeszkody. Jednak od dziś z tym koniec. Taką mam nadzieję.

Dlaczego złe dobrego początki? To takie proste- tyle dobrych zmian zaszło w moim życiu w zeszłym roku, takie ambitne miałąm plany, a rzeczywistość skrzeczy. Zobaczcie sami (o ile ktoś to w ogole przeczyta)
- skończyłam kolejne studia (no to mam już 3 tytuły naukowe- licencjat, magister i bachelor of science- i dyplom studiów podyplomowych);
- przeprowadziłam się z ukochanego Edynburga do mało-jeszcze-oswojonego Glasgow (po wizycie G. jest jednak zdecydowanie mniej obce i ma, w co trudno uwierzyć, kilka naprawdę pięknych miejsc- szkoda, że dojście do nich prowadzi zwykle przez mało atrakcyjne części), ale do ukochanego J., z którym stramy się stworzyć rodzinę;  
- rzuciłam mało atrakcyjną pracę w znienawidzonym miejscu i mam opcję, której do tej pory nigdy nie miałam- NIE PRACOWAC. Nie, żebym nie chciała pracować, bardzo chcę  (wysyłam aplikacje co jakiś czas- wtedy, kiedy jest internet i jakaś ciekawa oferta, ale nikt mnnie nie chce), po prostu nie muszę, bo finasowo dajemy sobie z J. radę.
I co? I nic. Remont/ odświeżanie domu nieskończone, bo oboje z J. mamy niechcieja. Już, już było prawie pięknie, i już już miałam zacząć dawać korki w domu, kiedy J. postanowił zabidować łóżko w dużym pokoju, w związku z czym znó wszędzie jest syf i rozpierdzielnik. Ja ani dodatkowego łóżka, ani jego zabudowy nie chciałam, J. się uparł, że konieczne, bo jak będziemy przyjmować wszystkich gości z Polski. Ja byłam krytyczna wiec J. spadł zapał do skończenia zabudowy i tak o. W dodatku kuchenna przestrzeń też się nam zmienjszyła, bo J. kupił szezląg. Szezląg! I stoi on sobie w kuchni, owszem fajny, wygodny itd., ale my po prostu nie mamy na niego miejsca, a na pewno nie z 2 fotelami, które już tu stoją. szezląg był jednak tylko dodatkiem do nowej lodówki, któa była zakupem koniecznym, i jest cud miód i orzeszki ALE jest za szeroka o 5 cm. i nie wchodzi w miejsce starej więc wystaje i mnie denerwuje.

Internet też działa jak i kiedy chce i gdyby nie all-you-can-eat data z komórki J. nie miałanym połączenia ze światam w ogóle. O tym jednak w następnej notce.

3 komentarze:

  1. hej :)
    jak chcesz to mogę Cię rozliczać z realizacji tych planów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz, możesz. Ja się też rozliczam sama ze sobą. Chyba powinnam jakieś kary za nieterminowość sobie dawać.

      Usuń
    2. No to na początek, jak Ci idzie nauka jazdy? ;)

      Usuń