Zaczynam po raz kolejny. Który to już blog? Pierwszy był o kotach i onet mi go zlikwidował- pewnie dlatego, że wpisy mi się w nim przestały wpisywać. Kolejny był efektem współpracy z byłą przyjaciółką i skończył się wcześniej niż przyjaźń sama w sobie. Ostatni, o dziwo dalej w sieci (mehypnose.blogspot.com) pomimo, że wpisów nie robiłam już od kilku lat. No i teraz ten- czwarty- wynik inspiracji przez bloga M. i próba zmiany. Zmiany, która mam nadzieję przywróci moje byłe zwyczaje, dawną kosekwencję i upór, bo będąc uczciwą przed samą sobą i całą resztą świata rozleniwiłam się niebotycznie. Ten blog ma być zapiskiem moich planów i relacją z ich realizowania, żebym w końcu przestała być nieefektywna i anty-aktywna. Ja wiem, że nikt inny za mnie tego nie zrobi, wiem, że muszę się zmotywować sama, wiem, że muszę przestać wymyślać powody, dla których czegoś nie zrobiłam. A są to dobre powody (zasługa logicznego mózgu jak mówi J.) i jestem w ich wymyślaniu mistrzem. Jednym słowem sama przed sobą piętrzę przeszkody. Jednak od dziś z tym koniec. Taką mam nadzieję.
Dlaczego złe dobrego początki? To takie proste- tyle dobrych zmian zaszło w moim życiu w zeszłym roku, takie ambitne miałąm plany, a rzeczywistość skrzeczy. Zobaczcie sami (o ile ktoś to w ogole przeczyta)
- skończyłam kolejne studia (no to mam już 3 tytuły naukowe- licencjat, magister i bachelor of science- i dyplom studiów podyplomowych);
- przeprowadziłam się z ukochanego Edynburga do mało-jeszcze-oswojonego Glasgow (po wizycie G. jest jednak zdecydowanie mniej obce i ma, w co trudno uwierzyć, kilka naprawdę pięknych miejsc- szkoda, że dojście do nich prowadzi zwykle przez mało atrakcyjne części), ale do ukochanego J., z którym stramy się stworzyć rodzinę;
- rzuciłam mało atrakcyjną pracę w znienawidzonym miejscu i mam opcję, której do tej pory nigdy nie miałam- NIE PRACOWAC. Nie, żebym nie chciała pracować, bardzo chcę (wysyłam aplikacje co jakiś czas- wtedy, kiedy jest internet i jakaś ciekawa oferta, ale nikt mnnie nie chce), po prostu nie muszę, bo finasowo dajemy sobie z J. radę.
I co? I nic. Remont/ odświeżanie domu nieskończone, bo oboje z J. mamy niechcieja. Już, już było prawie pięknie, i już już miałam zacząć dawać korki w domu, kiedy J. postanowił zabidować łóżko w dużym pokoju, w związku z czym znó wszędzie jest syf i rozpierdzielnik. Ja ani dodatkowego łóżka, ani jego zabudowy nie chciałam, J. się uparł, że konieczne, bo jak będziemy przyjmować wszystkich gości z Polski. Ja byłam krytyczna wiec J. spadł zapał do skończenia zabudowy i tak o. W dodatku kuchenna przestrzeń też się nam zmienjszyła, bo J. kupił szezląg. Szezląg! I stoi on sobie w kuchni, owszem fajny, wygodny itd., ale my po prostu nie mamy na niego miejsca, a na pewno nie z 2 fotelami, które już tu stoją. szezląg był jednak tylko dodatkiem do nowej lodówki, któa była zakupem koniecznym, i jest cud miód i orzeszki ALE jest za szeroka o 5 cm. i nie wchodzi w miejsce starej więc wystaje i mnie denerwuje.
Internet też działa jak i kiedy chce i gdyby nie all-you-can-eat data z komórki J. nie miałanym połączenia ze światam w ogóle. O tym jednak w następnej notce.